wtorek, 12 sierpnia 2008

Poziomka odnaleziona!

Uwaga, uwaga! Niemal rok od zagubienia, a pół roku od otrzymania listu z informacją o odnalezieniu... jest! Mój zielony ActionBent. Jeden z trzech rowerów zgubionych przez amerykańskiego przewoźnika w listopadzie 2007 roku. Odebrałem go z dworca autobusowego w NYC, manhattańskiego Port Authority Bus Terminal. W listopadzie zeszłego, tuż po powrocie z San Diego, bylismy częstymi gośćmi tego miejsca. Łudzeni obietnicami rychłego zlokalizowania i dostarczenia nam naszych ukochanych pojazdów, przez tydzień, z samego rana wędrowalismy na 625 8th Avenue...

Nic więc dziwnego, że w dniu mojego wylotu z Warszawy czułem lekki dreszcz emocji na myśl o wizycie w TYM miejscu. Miałem tylko parę godzin na odbiór zguby - samolot z Pragi był na miejscu rano, natomiast wieczorem miałem kolejny lot - do Limy, celu mojej podróży.

Swój pobyt w Wielkim Jabłku rozpocząłem od odstawienia poznanej w samolocie przemiłej Łotyszki Agnes w okolice lotniska La Guardia. Po drodzę pozdrawiało mnie mnóstwo osób, domyślam się, że Peruwiańczyków (miałem na sobie t-shirt z napisem w jęz. hiszpańskim "kocham Peru").

Po pożegnaniu towarzyszki podróży nie pozostało mi nic wiecej, jak wsiąść do pociągu linii D docierającej wprost pod nowojorski dworzec. Tak też uczyniłem. Na miejscu nie miałem problemu z odnalezieniem hali bagażowej Greyhounda. Po wręczeniu pracownikowi listu z marca 2008, oznajmiającego odnalezienie pudła z moim bajkiem, odczekalem 5 minut i... pojawił się! Nietypowe, z trudem znalezione w San Diego pudło po jakichś zabawkach Fisher-Price z całą pewnością kryło mojego pozioma. No, nie do konca krylo, bowiem z dziury w bocznej ściance pudła wystawała zielona rura - część ramy. Handtruck podjechał bliżej, chwycilem karton, rozerwałem... - w końcu jest!!! Byłem ogromnie szczęśliwy. Rower nie nosił śladów żadnych dodatkowyh uszkodzeń; za to ciągle pokryty byl warstwą kurzu z bezdroży pogranicza amerykańsko-meksykańskiego! Podpisałem protokół odbioru bagażu i oczywiście spytałem o dwa pozastałe nasze pojazdy. Afroamerykański pracownik stwierdził, że "to nie leży w jego kompetencjach" i kazał mi czekać na swojego kolegę. Po chwili gdzieś sobie poszedł. Jak zwykle całkowity brak kompetencji, czy nawet elemenarnego szacunku dla klienta. Przez 20 minut nikt, dosłownie NIKT nie pojawił się w hali. Ponieważ czas mnie naglił, a chcialem jeszcze odwiedzić moich przyjaciół, machnąłem ręką, okleiłem pudło ducktapem i ruszyłem w kierunku dwudziestejdziewiątej...

Nazajutrz byłem już na innym kontynencie, na innej półkuli; Fiorella, ja, moja poziomka i chaos peruwiańskiej stolicy... Ale to juz historia na kolejnego bloga. Zapraszam na Ekspedycję 2008, gdzie możecie poczytać więcej o moim pobycie w Peru oraz wyprawie Radka na Bałkany.



czwartek, 29 listopada 2007

This is the end ???

Wyprawa zakończyła sie 11 listopada. Właśnie wtedy wsiedliśmy do autobusu Greyhound w San Diego. Mieliśmy spokojnie dojechać do Nowego Jorku, odebrać ze Stamford nasze stare rowery i 16 listopada wylecieć do Warszawy. Jednak nie wszystkie rzeczy potoczyły się zgodnie z planem. Również ucierpiał na tym nasz blog nie bedąc systematycznie aktualizowany.
Ale po kolei.



W San Diego rozmontowaliśmy rowery, zapakowaliśmy do kartonów, wykupiliśmy ich przewóz "shipping", sami wsiedliśmy do autobusu Greyhound. I ruszyliśmy. Jechaliśmy długie trzy dni. W międzyczasie odebraliśmy email od Randego z ActionBenta. Wysłał nasze stare rowery (mój i agaty) , ale jak sprawdziliśmy na stronie UPSu rowery miały dojść do Stamford 16 listopada czyli w dzień naszego wylotu. Trochę się spóźnił i już wiedzieliśmy że będziemy mieli wielkie trudności z wyrobieniem się czasowo.



W Nowym Jorku czekała nas kolejna niespodzianka. Po wyładowaniu naszych bagaży z autokaru okazało się, że nie ma kartonów z rowerami.... Greyhound po prostu je zagubił. Byliśmy gorzej niż wściekli!!

A do odlotu pozostawało niewiele czasu. Mieliśmy dwa wyjscia- albo wyleciec zgodnie z terminem spisując już troche na straty nasz sprzęt albo pozostać pare dni dłużej i zrobić wszystko żeby wymusić na Greyhoundzie skontrolowanie naszej sprawy - obojętność z jaką się spotykaliśmy ze strony pracowników była krótko mówiąc wkurwiająca. Byli odpowiedzialni za przewóz naszego sprzętu z jednego na drugie wybrzeże i poprostu go zagubili. Dali ciała naszym kosztem.

Zostaliśmy wiec tydzień dłużej, dzięki wielkiej pomocy Polskich Linii Lotniczych "LOT" przy zmianie rezerwacji biletów "w ostatniej chwili".


Również UPS nie pokazał wielkiej klasy. Rowery doszły do Stamford w terminie, jednak ktoś - zgodnie z relacją firmy-odmówił przyjęcia paczek ze względu na to że były one uszkodzone. Było to oczywistą nieprawdą, gdyż nikt nawet nie był w tym czasie w domu. Rowery zostały cofnięte do magazynu w Norwalk nieopodal miasta. Oczywiście ich celem miał byc powrót do nadawcy. Udało nam sie przechwycić jeden z nich. Przypadkiem w kartonie był mój rower.

Wróciliśmy więc z jednym rowerem. Drugi stoi z powrotem pod schodami w ActionBencie w Redmond, a trzy najprawdopodobniej podróżują gdzieś po USA różnymi autobusami linii Greyhound.

Rowerów szukamy obecnie z pomocą ambasady i konsulatu. Firma Greyhound w przypadku odnalezienia ich zobowiązuje sie do przesłania ich do Warszawy na własny koszt.





"wróciłem do domu w niedziele 25 listopada, próbuje sie przestawić na czas polski od paru dni, ale wciąż zasypiam ładnych pare godzin po północy. smuci mnie brak rowerów, ale wiem jak bardzo bezsilny jestem w tej sytuacji. wiem jedno, nikt nie zabierze nam 3200 km ktore pokonalismy dzieki wlasnej sile uporowi i fantazji. różnie międzynami sie ukladalo podczas wyprawy. droga okazala sie silniejsza i lepsza od naszych nastrojow. zrozumiala nas i pogodzila, postawila cel. zawsze bede pamietal przejazd przez Doline Śmierci, sesje zdjęciową przy Golden Gate, Mase krytyczną w San Francisco, Johnna Millera i jego chatkę, Eda Gudersona z Creswell, impreze u Krisa, niedzwiedzia który zabrał nam sakwe, niesamowite Crater Lake, napis Hollywood, który był na wyciągniecie ręki, wszystkich policjantów przeganiających nas z parków miejskich i wiele innych niesamowitych historii jakie przeżyliśmy przez te dwa miesiące"

Ale meksyk!



Amerykanie stawiaja mur na granicy meksykanskiej. Ma ulatwic kontrole nad migracja meksykanczykow. Przez mur widac juz zupelnie inny swiat. Domy z blachy i dykty, duzo dzieci, przekupna policja a nad wszystkim powiewa ogromna flaga Meksyku.

Tijuana
Nawet jak nie chcesz do Meksyku to i tak tam pojedziesz ;-)
Z amerykanska wiza jest tak ze jak ja masz to dobrze ;-) Ale jesli przekroczy sie granice Meksyku, celnik zabiera wize z paszportu i przy ponownym wjezdzie daje nowa karteczke. Czyli przekraczajac granice narazamy sie na strate 6 miesiecznego pozwolenia na pobyt w USA i w zaleznosci od celnika wracajac możemy otrzymac inny okres pozwolenia na pobyt.
Ale i tak przez pomylke wjechalismy do Meksyku. Wystarczylo niechcacy zjechac na autostrade do Tijuany, przejechac 300 metrow i juz tam bylismy. Bez zadnej kontroli granicznej!

Pokrecilismy sie troche po Tijuanie. Dużo samochodów, bezład na ulicach, policja próbuje kierować ruchem. Chaos jak był tak jest. A na ulicy ten wygrywa kto mocniej trabi!!
Ale najbardziej fajna sprawa spotkala nas pozniej. Wracajac pomylilismy troche droge do przejscia granicznego. Wjechaliśmy na drogę szybkiego ruchu. Zatrzymał nas pierwszy napotkany patrol policyjny, jeden z tych odpowiedzialnych za kierowanie ruchem. Nie do końca wiedząc o co im chodzi zatrzymaliśmy się po prostu na środku jezdni. Chwile później podeszła do nas policjantka. Zaczęła mówić po hiszpańsku. Nikt z nas nie zna tego języka. Agata w miare bezbłędnie rozszyfrowała słowa: "rapido" znaczy szybko, "tu" znaczy ty. Czyli że albo my jedziemy za szybko (sic!) albo wjechaliśmy na droge szybkiego ruchu. Słowa "ticket" i "police station" nawet wymawiane z hiszpańskim akcentem łatwo zrozumieć.

Prawdopodobnie jedynie jeden dolar w portfelu Grześka uratował nas przed koniecznością udania się na komisariat. Widząc go policjantka straciła chyba też nadzieje na łapówke.

W czasie naszej blisko 10minutowej rozmowy z panią policjant okrązyło nas kilkoro dzieci. Zaczeły bawić się pedałami, dotykać i ciągnąc za sakwy, kopać w koła. Potem podszedł jakiś pan i próbował sprzedać mi gitare.

Chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w Stanach. Do USA wielka kolejka samochodow. Im blizej terminalu tym wieksze zageszczenie straganow. napoje, ciastka, slodycze, owoce, sombrera, pancza, gitary. Tak jakby ktos puscil po koronie stadionu 10-lecia trzypasmowa ulice.
Do przejscia dla aut nie wpuscili nas. Musielismy cofnac sie do przejscia granicznego dla pieszych. Odstalismy swoje, przeszlismy kontrole, celnik spojrzal tylko w paszport nie sprawdzajac nawet wizy. Spytal po co i dlaczego jedziemy i juz bylismy w USA.

At last!

poniedziałek, 26 listopada 2007

San Diego


Grzesiek nocowal tutaj Na placu zabaw w jednej ze zjezdzalni.
Ja z Agata postanowilismy poszukac innego miejsca. Po drugiej stronie mostu palilo sie ognisko. Okazalo sie ze stoi tam baaardzo duzo namiotow. Jeden wiecej nie zrobil nikomu roznicy. Okazalo sie ze to jest jakas impreza organizowana przez amerykanska fundacje walki z rakiem piersi. Kobiety chodzily dookola jeziora codziennie i za kazda mile ktos wplacal pieniadze na fundacje. Tego sie dowiedzialem od dwoch mlodych wolontariuszek. Kto i gdzie wplacal tego nie wiem.
A nocleg byl tutaj .
Wstalismy rano (6.00), zwinelismy sie i zaczelismy procedure budzenia Grzeska. Wyruszylismy o 9tej ;-)



Przemknelismy przez San Diego. Miasto dzieki swojemu polozeniu jest waznym portem wojennym amerykanskiej floty. Akurat jak przez nie przejezdzalismy witani/ albo zegnani byli amerykanscy marynarze. Na ulicy wiwatowali ludzie, flagi narodowe powiewaly w powietrzu, a mysmy sobie przejechali po prostu na rowerach zmierzajac w strone granicy Meksyku. Po drodze ogladalismy jeszcze jakas stocznie.

sobota, 24 listopada 2007

Na południe

Na Long Beach spędziliśmy dwie noce. Spaliśmy na plaży przy drewnianym chodniku, ludzie chodzili; niektórzy bardzo się nam dziwili. Jakiś pan powiedział że to jest shame spać na plaży. Ale cóż - były dwa dni odpoczynku, a w zasadzie leczenia Grześka choroby.
Miał gorączkę i dziwną wysypkę. Po dwóch dniach ruszyliśmy dalej.

Jechaliśmy wzdłuż autostrady nr 5. Była fajna ścieżka rowerowa przez parę kilometrów, ale w pewnym momencie na naszej drodze stanął poligon. Z powodu braku kasków odmówiono nam przejazdu drogą przez poligon. Nic nie pomógł list od ambasadora - musieliśmy pojechać autostradą.

piątek, 23 listopada 2007

DOOWYLLOH

Wow!!

Jesteśmy nad literami Hollywood!!!


I to na rowerach. Jest tutaj stacja przekaźnikowa na szczycie.
Straszna mgła, jest 9 rano. Litery odgrodzone są od drogi siatka więc nie uda się na nie wejść. Wszędzie kamery.

Kurde. Udało się nam!



Zjechaliśmy Mulholland Drive do centrum Hollywood.



Obejrzeliśmy Universal Studio- strasznie kiczowate, parę butików, fast foodów, nic specjalnie ciekawego. Karnet wejściowy do samego studia kosztował ok 20 dol więc odpuściliśmy sobie. Hollywood Blv. też niczym nie zaimponował. Na chodnikach są gwiazdy i nazwiska, ale ogólnie nie ma tam nic ciekawego do oglądania.
A w McDonaldzie na dodatek dochodzi do bójek.

Przeszliśmy się bulwarem, zrobiliśmy parę fotek. I pojechaliśmy na Beverly Hills 90210.



Dylana nie było w domu. Pokręciliśmy sie więc po legendarnej dzielnicy. Palmowe aleje, wielkie żywopłoty szczelnie ukrywąjace luksusowe wille. Powiało trochę splendorem, ale tylko trochę.

czwartek, 22 listopada 2007

Na przyjęciu dla VIP-ów

Pomiędzy Palmdale a Los Angeles stoją góry. Trzeba wdrapać się na parę tys. stóp, a potem zjechać w dół. W zasadzie cały dzień ciężkiej jazdy. Ale przejechaliśmy.

W okolicach napisu Hollywood przydarzyła nam się ciekawa historia.
Probowaliśmy dojechać do liter, a że było już ciemno, postanowiliśmy zbliżyć się jak najbliżej napisu, rozstawić namiot i dopiero rano rzucić na nie okiem.

Górę zaatakowaliśmy od strony Griffith Park. Co prawda wjazd był zakazany po 8 pm. ale w górę jechało dużo samochodów, więc zlekceważyliśmy tabliczkę. Zatrzymał nas dopiero ochroniarz tuż przed Obserwatorium. Zakazał dalszej jazdy. Trwała jakaż impreza dla VIP-ów. Na szczęście dla nas, po drugiej stronie góry ochroniarzem był Chińczyk. Nie kumał za dużo i bez problemu dojechaliśmy do obserwatorium.

Wyglądało nieźle - dużo fajnych samochodów, chłopcy od odbierania pojazdów. Grzesiek z Agatą poszli do obserwatorium. Brakowalo tylko zaproszenia, żeby na własne oczy zobaczyć George'a Clooneya, Brada Pitta, czy jakiegoż sławnego reżysera.

Zmęczeni, ruszyliśmy drogą po zboczu w stronę liter. Paręset metrów za obserwatorium rozstawiliśmy namiot i poszliśmy spać.

- Step out of the tent.
Cóż, nie miałem wyjścia.
- Hello, how are You. I just wake up. - odparłem wychodząc ze śpiwora.

-Show me your hands. Want to see your hands. Do You have any gun?

- No, im clear. - powiedziałem rozsuwając drzwi namiotu.
Pokazałem strażnikowi puste ręce.

Sytuacja zdawała się być poważna. Przed namiotem Agaty stał strażnik parku z ręką na kaburze. Za nami drugi strażnik dzierzył kij w dłoniach. I znów trzeba się było tłumaczyć. Strażnik kazał nam się zwinąć, zajrzał jeszcze do namiotów czy nic podejrzanego nie trzymamy, postał dopóki nie złożymy namiotów i pojechał namierzać kolejnych podejrzanych.

Wykorzystał na nas chyba wszystkie procedury jakich nauczył się w szkole dla strażników parkowych ;-)

poniedziałek, 19 listopada 2007

Call the sheriff



Zmiana planów.

Najpierw LA, potem na południe do San Diego.

Do LA jechaliśmy starymi drogami wzdłuż autostrady. Nic ciekawego się nie zdarzało. Pustynia, autostrada, stacje odpoczynku, restauracje.
W Jack in the box przed Barstow spotkała nas nieprzyjemna historia.
Byliśmy głodni, restauracja była już zamknięta. Jedyna opcja na kupienie czegoś do zjedzenia to drive-thru. Grzesiek podjechał pierwszy i udało mu się zamówić i dostać zestaw. Mnie już nie
obsłużono tłumacząc że na rowerze nie można. Więc trudno, usiadłem na chodniku koło Grześka i patrzyłem jak zjada swojego burgera. Próbowałem jeszcze zaczepić jakiegoś kierowcę, żeby zrobił mi zakupy, ale nie udało się.

Nasze zachowanie nie spodobało się obsłudze. Najpierw wyszło dwóch chłopaków i w niegrzeczny sposób poprosili nas o zniknięcie. Grozili, że w innym wypadku zadzwoniliby po szeryfa. Ja byłem skłonny ustąpić, ale Grzesiek powiedział " Call the sherrif".


No i przyjechał szeryf. Opowiedział historię o tym że każdy biznes w Kalifornii może odmówić każdemu obsługi jeśli chce i mimo że zostaliśmy źle potraktowani, nic nie może poradzić.
Mimo to wciaz bylem glodny.

niedziela, 18 listopada 2007

Las Vegas czyli fatamorgana na pustyni


Uff, trochę czasu upłynęło, dużo rzeczy się zdarzyło. Chyba warto spróbować usystematyzować wszystko w jedną spójną opowieść.

Las Vegas - Dużo światła, szumu, ludzi. Najpierw postanowiliśmy pożywić się w McDonaldzie. Posileni tym jakże wartościowym jedzeniem puściliśmy się w szał hazardu.
Najpierw skromnie, wyskubaliśmy ćwierćdolarówki z portfeli.
Magia kasyn jednak działa.
W pewnym momencie Grzesiek wrzucił do maszyny banknot 20-dolarowy i wysypał się
cały kubek pięciocentówek. Gra zaczęła się na całego, zmienialiśmy tylko od czasu do czasu maszyny, co skądinąd wcale dobrym pomysłem nie jest. Jeśli chce się coś wygrać, to trzeba siedzieć przez wiele godzin przy jednym automacie.
Wciągnąłem sie (Radek) na tyle, że musieli mnie siłą niemalże odciągać od maszyny.

Była już noc. Musieliśmy znaleźć nocleg, przed nami dluga droga do LA.
Po drodze jeszcze zatrzymywaliśmy się w paru miejscach i chłonęliśmy miasto, które pierwotnie miało być celem naszej podróży. Miasto na środku pustyni, gdzie jeszcze parędziesiąt lat temu nie było nic. A teraz ? Hazard, kluby, hotele, luksusowe restauracje, występy największych gwiazd. Coś z niczego.

środa, 7 listopada 2007

Dolina Śmierci

Death Valley

Podobno z 50 wozów które w 1849 przejeżdżały przez dolinę, do końca dotarł tylko jeden. Właściciel odwrócił się w stronę Badwater i powiedział "Good-bye Death Valley".

Od San Francisco podkręciliśmy tempo. Trzeba było zmienić też rezerwację biletów lotniczych. Jedziemy teraz po 150 km dziennie. Częściej nocą, gdyż temperatury w dzień osiągają 35 st C.
Postanowiliśmy zamknąć naszą wyprawę granicą meksykańską, spinając klamrą całe Zachodnie Wybrzeże USA.

Najpierw kilka dni wspinaczki . Trzeba było wjechać z wysokości morza, przedrzeć się przez góry, pokonać pustynię i w końcu zjechać z wysokości 1000 metrów w Dolinę, która jest najniżej położonym miejscem w USA.

To był zjazd!!! Ciemno, z naprzeciwka samochody oślepiające światłami, a my pędzimy 60km/h.
Trochę się bałem. Tym bardziej że droga wcale nie była idealnie równa.

Jazda rowerem po pustyni wymaga posiadania dużej ilości wody. Dziennie schodzi nam 3-4 litry. Konieczny jest też krem przeciwsłoneczny, okulary i coś na głowę.

No i przecież nigdzie nie ma McDonalda, Burger Kinga, czy WallMart'a (sieć supermarketów). Poza naszym bagażem, w sakwy Crosso trzeba więc pakować mnóstwo jedzenia.

W Dolinie Śmierci jest gorąco. 40 stopni. Brakuje pitnej wody. Jedyny zbiornik na który natrafiliśmy był wypełniony wodą do chłodnic. Nieprzydatna do picia. Rozłożyliśmy obok niego namiot, chcąc wykorzystać poranny cień jaki stworzy.

Wieczór i poranek. A rano był 1 listopada. Grzegorz obchodził 25 urodziny, w prezencie dostał... trąbkę do poziomki. Potem Agata zatrzymała strażników i dostaliśmy parę litrów świeżej i zimnej wody.

Byliśmy gdzieś w środku Doliny. Trasę ustawiamy zawsze na GPS-ie, korzystając dodatkowo z map które nam wpadają od czasu do czasu w ręce.

W rzeczywistości - żeby przejechać Stany Zjednoczone rowerzysta nie potrzebuje kupować map. W większości sklepów rowerowych i biur informacji turystycznej dostaje się niesamowitą ilość w miarę aktualnych mapek konkretnych terenów.

Około 11 ruszyliśmy, jeszcze przez kilometr mieliśmy asfalt, potem zaczął się koszmar. Świeżo wyrównana droga żużlowa. Piasek, żużel, okropny skwar, dolina otoczona wielkimi na 2000 metrów górami. I praktycznie zero ludzi. Przez cały dzień zobaczyłem tylko 2 samochody.

Poziomki mają cienkie opony. Kopią się w grząskim żużlu. Grzesiek wpadł na pomysł spuszczenia powietrza z opon. Szybko złapał pierwszą z pięciu tego dnia gum. Przebyliśmy 32 km, późną nocą docierając do drogi głównej.

Odwróciłem się, spojrzałem w stronę niezdatnej do picia Badwater.

Wygraliśmy z Dolina.

radklif

niedziela, 4 listopada 2007

Materiału z Masy nie będzie (2)

Mieliśmy szczęście. Był ostatni piątek miesiąca. A my byliśmy w mieście gdzie narodziła się Masa Krytyczna. W bibliotece sprawdziliśmy jeszcze dokładnie miejsce.

Biblioteka w San Francisco to nie za fajne miejsce. Strasznie dużo bezdomnych i odrzuconych. Do tego jeszcze 15-minutowy, nie całkiem dla nas zrozumiały system rezerwacji komputerów. Zwróciliśmy uwagę jednej afroamerykance, że za długo siedzi na necie. Wszystko skończyło się wizytą pani ochroniarz (rowniez murzynki)...

Droga na masę nie była trudna. Ledwo wyszliśmy z Public Library, natknęliśmy się na jadący ulicą strumień rowerzystów. Raczej nie było wątpliwości gdzie i po co zmierzają. Po drodze jeszcze wpadłem kołem w kratkę studzienki (trochę niebezpiecznie, bo tuż przed trolejbusem).

Masa w San Francisco jest inna niż w Warszawie. Ludzie się przebierają, przypinają sobie różne dziwne rzeczy do swoich rowerów, duzo krzyku, tumult i muzyka. A w powietrzu unosi się kojący zapach marihuany. Karnawał i dekadencja. Bardzo punkowy charakter.

Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z jednym z masowiczów, zainteresowanych naszą obecnością. Okazało się że także był podróznikiem, jeździł rowerem po Europie, nawet po Polsce.

Ruszyliśmy parę minut po 18.30. Najpierw wspinanie się po ulicach SF, potem zajebiście długi tunel, w którym można było sobie pokrzyczeć do woli.
W końcu dojechaliśmy do słynnej krętej ulicy z kwietnikami. Parę setek rowerzystów, noc, księżyc nad miastem i zjazd.

Niestety nagrania z masy brak ! Następnego dnia podczas porannego śniadania w McDonaldzie, postanowiłem naładować swoją kamerę. Na tyle nieostrożnie tę czynność wykonałem, że została ukradziona. Prawdopodobnie stało się to, gdy wcinałem moje lody waniliowe, albo apple-pie. Nie potrafię dokładnie oszacować kiedy. Straciłem całe nagranie z Masy. Sam początek imprezy mam na kasecie, którą tuż przed startem schowałem do sakwy.

Jakby to powiedział Forrest Gump. "I to jest wszystko co mam do powiedzenia na ten temat".


Radklif

sobota, 3 listopada 2007

Portland - film

wrzucamy dopiero teraz ale warto obejrzeć


Materiału z Masy nie będzie






Do San Francisco dotarliśmy w nocy. Jeszcze przed miastem zahaczyliśmy o pralnię. Szybkie pranie koszulek sponsorskich, suszenie. Pół godziny po planowanym zamknięciu pralni, przepędził nas w końcu ochroniarz.

Nad Zatokę San Francisco dojechaliśmy ścieżką rowerową prowadzącą wzdłuż Highway 101. Mnie zafascynowaly osiedla budynkow na palach, wybudowane nad kanalami.

To musi być fajne mieszkać tak sobie parę metrów nad wodą.

Najpierw zobaczyliśmy Alcatraz. Latarnia rzucała co parenaście sekund ostry snop światła, zupełnie jak w logo jednej ze znanych wytwórni filmowych. Dla mnie ten widok był niesamowity. Coś co znałem z filmów nagle stoi tak realnie przede mną. Agata trochę mniej entuzjastycznie przyjęła ten widok :

- Niedaleko. Mogłabym przepłynąć bez problemu.



Golden Gate jest monumentalny. I jaki czerwony!! W nocy gdy unosi się mgła znad Pacyfiku, cienie filarów odbijają się w niej. Żeby wjechać na most rowerem nocą, trzeba wcisnąć specjalny przycisk otwierający bramę. Namiot rozłożyliśmy tuż po drugiej stronie mostu.Następnego dnia rano rozpoczęliśmy sesję zdjęciową dla naszych sponsorów i ruszyliśmy "w miasto". Najpierw bulwarem, potem wjazd na pionowe ulice miasta. Godna podziwu jest skrupulatność przy budowie tych ulic. Nieważne jakie jest nachylenie - ulice muszą tworzyć siatkę...



cdn...

środa, 31 października 2007

Eureka -Legett

Zjechaliśmy w końcu nad Kalifornijskie wybrzeże. Najpierw z highway 101 trzeba było dotrzeć do Shoreline Highway ( Highway 1). A ponieważ Grzesiek miał jeszcze coś do załatwienia w Eurece, postanowiliśmy pokonać ten 150-cio kilometrowy odcinek z Agatą. Na początku droga wiodła ruchliwą autostradą, czasami udawało nam się wynajdywać kawałki starej, równoległej do "sto jedynki" szosy.
Jeden z nich wiódł przez Avenue of the Giants. Wśród olbrzymich sekwoi kręciliśmy kolejne kilometry najdłuższego podczas tej wyprawy odcinka.

Przejazd zajął nam około 7 godzin. Dzień zakończyliśmy na 151. kilometrze, w miejscowości Legett, tuż przy zjeździe na kultową już drogę nr 1.
Grzesiek dojechał godzinę później, przekraczając chyba wszelkie rozsądne granice i bijąc rekord - wyruszył 3 godziny później od nas.

Radklif

wtorek, 30 października 2007

O wywrotce, śniegu i niedźwiedziu, czyli uzupełnienie notki z Crater Lake

Dzisiaj odrabiamy zaległości :)
Jak zauważył Czytający, trochę namieszaliśmy na blogu. No cóż, pisanie to jednak nie jeżdżenie ;)
A było tak - w drodze do Crater Lake, prawie na samym rancie stożka wulkanicznego okalającego jezioro rozpoczęliśmy szaleńczy zjazd w dół. To było naprawde coś - po całym dniu wspinaczki i kilku kilometrów jazdy przez płaską Pustynię Pumeksową nadeszła chwila wytchnienia. Była jasna noc - okrągły księżyc oswietlał zaśnieżone północne zbocza po lewej stronie drogi i skały leżace w przepaści rozpoczynającej się tuż na prawo od jezdni... W łagodny zakręt weszliśmy z prędkością trochę ponad 30 km/h, gdy nagle w jednej chwili obydwoje sunęliśmy dupami po asfalcie (rowery obok nas). Prześlizgaliśmy się dobre kilkadziesiąt metrów. W efekcie Agata z upadku wyszła z podartymi leginsami, ja z podartą kurtką, zdartymi łokciami i obitym rowerem. Chwała amerykańskim drogowcom za doskonałe wyprofilowanie zakrętu, dzięki czemu mogę pisać te słowa. W przyszłości mogli by także pomyśleć o zainstalowaniu barierek w takich miejscach, ale to szczegół ;) My z kolei mamy nauczkę - jeżeli przy drodze leży śnieg, to na jezdni może być lód :)
Ale to nie koniec kraterowej traumy.
Poobijani, postanowiliśmy szybko znależć miejsce na nocleg. Nie byliśmy zbyt wybredni - wystarczył kawałek ziemi wolny od śniegu. Jedzenie jak zwykle przepakowaliśmy do oddzielnej sakwy, którą szczelnie zamknąłem i ostatnkiem sił wyniosłem ok. 100 metrów za obozowisko.
Rano po sakwach (oprócz jedzenia była tam jeszcze druga, nieużywana sakwa) nie było śladu. Gdy dołączył do nas Radek, zjechaliśmy w dół osady, gdzie ranger potwierdził nasze przypuszczenia - jedzeniem zajął się groźny Black Bear. Jak widać, nie pogardził nawet opakowaniem, a podobno nieobcy jest mu też smak ludzkiego mięsa...
Chyba kolejny raz mieliśmy dużego farta.

czwartek, 25 października 2007

Welcome in rainy California!

Ufff, w końcu z górki!

Trasa z Crater Lake, mino strasznej pogody (na szczycie już zaczynało sypać, a resztę drogi pokonaliśmy w deszczu), minęła w miarę szybko. Z 4000 stóp zjechaliśmy na 1000, trzeba było tylko uważać, bo nawierzchnia była mokra, a drugiej wywrotki już nie chcieliśmy.

Po całym dniu jeżdżenia zatrzymaliśmy się w... pralni, gdzie wszystkie nasze przemoczone rzeczy wsadziliśmy do suszarki i z suchymi już ubrankami ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze McŻarcie.

Następnego dnia mieliśmy zaplanowane dojechanie do Grands Pass. Niestety plan nie został w pełni zrealizowany z powodu mojego strasznego pecha. Jeszcze dzień wcześniej chwaliłam się że na żadnej wyprawie nie złapałam jeszcze gumy lecz niestety, zawsze musi być ten pierwszy raz i to jeszcze w deszczu. Grzesiek z Radkiem w miarę szybko zmienili mi dętkę, niestety Radek w czasie pompowania, urwał część wentyla i nowa dętkę szlag trafił. Zostało nam latanie starej dętki, gdyż pozostałe znajdowały się w sakwie która zabrał niedźwiedź kolo Crater Lake. Niestety! Po kilkunastu kilometrach znowu złapałam gumę (ale tym razem w przednim kole). Znów musieliśmy radzić sobie z pomocą łatki, niestety, tym razem łatka puściła :(

Następnego dnia, po dojechaniu do Grands Pass, sporo czasu spędziliśmy w sklepie rowerowym - dokupiliśmy dętki, Grzesiek jeszcze poprawiał przy swoim rowerze przerzutki i wymieniał zniszczone łożyska. Potem pojechaliśmy do domu właściciela sklepu, aby skorzystać z netu (w mieście nigdzie nie było kafejki internetowej, a biblioteka gdzie przeważnie korzystamy z komputerów była zamknięta) i po południu na w pełni już sprawnych rowerach i nieco zaktualizowawszy bloga pojechaliśmy dalej, w kierunku Kalifornii.

Kolejny nocleg spędziliśmy w u baptystów. Dostaliśmy cala klasę do swojej dyspozycji, a wcześniej uczestniczyliśmy w czymś w rodzaju nabożeństwa, gdzie modlono sie za sukces naszej wyprawy :)

Rano pełni sił, zaczęliśmy wspinaczkę. Niestety, pogoda nas nie rozpieszczała. Lało niemiłosiernie. Po kilku godzinach, w strugach deszczu, minęliśmy tablice z napisem "Kalifornia".

A w Kalifornii deszcz przecież nigdy nie pada... Podobno...

Agata



wtorek, 23 października 2007

Crater Lake czyli Rysy na rowerze

Znowu amerykańskie góry dają nam w kość!

Po dwóch dniach jazdy doliną, ponownie wjechaliśmy w Kaskady, skuszeni legendarnym pięknem Crater Lake. Ale po kolei.

Z Salem ruszyliśmy razem, dalej na południe, w kierunku Eugene. Radek postanowił coś zjeść, więc aby nie tracić czasu, rozdzieliliśmy się (ja i Agata jedliśmy wcześniej). Drogą wijącą się wzdłuż autostrady dotarliśmy do miasteczka oddalonego o ok. 30km od Eugene. Skontaktowaliśmy się z Radkiem - okazało się, że był już w Eugene.

Następny dzień upłynął nam na naprawach rowerów, zakupach w sklepie turystycznym REI i wizycie w bibliotece. Pod REIą spotkaliśmy Joe'ego który dał nam namiar do Eda Gudersona, cyklisty z pobliskiego Creswell. Ed zaproponował nam nocleg u siebie. W drodze do Creswell jechaliśmy przez najgęstszą chyba mgłę, jaką widziałem w życiu.

Ed okazał się ciekawym człowiekiem. Ten informatyk, po zwolnieniu z pracy kilka lat temu, dożywa emerytury jeżdżąc na rowerze, angażując się społecznie oraz konstruując pojazdy elektryczne. Dał nam schronienie w swoim domku letnim. Rano zrobił z nami wywiad do lokalnej gazety, którą współredaguje, Radkowi dał namiot, a mi pomógł w naprawie roweru.

Dzięki, Ed!

Gdy wyruszaliśmy z Creswell około południa, nic nie zapowiadało nadchodzącego górskiego hardcore'u. Trasa wiodła doliną rzeki, łagodnie pod górkę. Przed nami było 25 km wydzielonej asfaltowej ścieżki rowerowej, poprowadzonej dawnym torowiskiem. Ale za kolejną miejscowością zaczęło się piekło rowerzysty - górska, szutrowa droga o nachyleniach przekraczających 30%. Przez cale 7 km podjazdu pchaliśmy rowery. Piękna pogoda i widoki nieco nam ów znój zrekompensowały. Ze szczytu roztaczała się piękna panorama - ośnieżone wierzchołki gór w oddali, kopalnie złota na sąsiednich zboczach, kilkusetmetrowe przepaście.

Namioty rozbiliśmy w trochę zarośniętym dawnym nawrocie dla ciężarówek z drewnem i rozpaliliśmy ognisko. Byliśmy na wysokości 1500 m n.p.m.

Kolejny dzień - zjazd. Było tak stromo, że Agata spaliła uszczelkę w hamulcu rolkowym! Na początku jeszcze szutrówka, potem asfaltową szosą zjechaliśmy na ok. 300 m n.p.m., po to, aby zacząć kolejny mozolny podjazd do Crater Lake, na wysokość... 2500 m! Zajęło nam to cały dzień wspinaczki, tym razem szosą i na siodełkach, ale z prędkościami rzędu 8-12km/h.








Crater przywitało nas gwieździstym niebem oraz... mrozem i śniegiem.

Grzesiek


piątek, 19 października 2007

Tajemnice Salem

Podczas naszych wypraw każdy nocleg jest dość nietypowy. Nigdy nie wiemy, gdzie tym razem będziemy rozbijać namioty. Czasami pytamy sie o "kawałek trawy" właścicieli działek, lub śpimy gdzieś na jakimś "piece of grass", a nawet w parku. Przeważnie nie ma problemu ze znalezieniem dogodnego miejsca, szczególnie tu, w Stanach, gdzie ludzie są bardzo przyjaźnie nastawieni i raczej nie odmawiają pomocy. A gdy pada deszcz i jesteśmy przemoczeni, mamy niemal pewność że znajdzie się sucha , ciepła miejscówka do spania.
Ale w Salem było zupełnie inaczej..... Myśleliśmy o schronisku młodzieżowym , słynnej YMCA. Niestety, na miejscu okazało się że YMCA w Salem to kompleks sportowy nie oferujący noclegów. Po dłuższych namysłach recepcjonistek, dostaliśmy namiary do innego schroniska. Było położone w centrum miasta, takie zwykłe studenckie spanie. Zainteresowała nas tylko ogromna ilość rowerów przy wejściu... Grzesiek i Radek od razu postanowili skorzystać z pryszniców - w drodze do łaźni dowiedzieli się, że byliśmy w... noclegowni dla bezdomnych! Radek uciekł spod prysznica, Grzesiek dokończył kąpiel (podobno warunki były nadspodziewanie dobre), ale zdecydowaliśmy s jednak że spać będziemy gdzieś pod chmurką w naszym namiotach ;)
Pojechaliśmy więc do parku na przedmieściach. Niestety miejsce to bardziej przypominało las, który był tak gęsty, że ciężko było znaleźć skrawek ziemi pod namiot. Również w pobliskich domach nie chciano nam udostępnić kawałka trawy na noc :( ludzie zachowywali się bardzo dziwnie i nieufnie.
Zniechęceni wróciliśmy do parko-lasu i ruszyliśmy wgłąb. Było ciemno i dość nieprzyjemnie, a Grzesiek i Radek tą mroczną atmosferę podgrzewali jeszcze głupimi opowiadaniami. Nagle pojawiły się 3 osoby - dwie dziewczyny i chłopak ubrany w sutannę. Wyglądali, jakby szli odprawić czarną mszę. Wtedy stwierdziłam, ze na pewno nie będę tu nocować i wróciliśmy do centrum Salem. Było już bardzo późno, znaleźliśmy "normalny" park, rozłożyliśmy namioty i poszliśmy spać. Nie można było tak od razu? :)
I tak to wygląda - to nasze spanie. Czasami straszne, jak w Salem, niekiedy cieszymy się jak dzieci, gdy przemoczeni znajdujemy suche, ciepłe miejsce u kogoś. Zawsze jest inaczej i to właśnie jest ciekawe. Chociaż mam nadzieje, że takich noclegów jak w Salem już nie będzie.

Agata