Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pustynia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pustynia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 listopada 2007

Las Vegas czyli fatamorgana na pustyni


Uff, trochę czasu upłynęło, dużo rzeczy się zdarzyło. Chyba warto spróbować usystematyzować wszystko w jedną spójną opowieść.

Las Vegas - Dużo światła, szumu, ludzi. Najpierw postanowiliśmy pożywić się w McDonaldzie. Posileni tym jakże wartościowym jedzeniem puściliśmy się w szał hazardu.
Najpierw skromnie, wyskubaliśmy ćwierćdolarówki z portfeli.
Magia kasyn jednak działa.
W pewnym momencie Grzesiek wrzucił do maszyny banknot 20-dolarowy i wysypał się
cały kubek pięciocentówek. Gra zaczęła się na całego, zmienialiśmy tylko od czasu do czasu maszyny, co skądinąd wcale dobrym pomysłem nie jest. Jeśli chce się coś wygrać, to trzeba siedzieć przez wiele godzin przy jednym automacie.
Wciągnąłem sie (Radek) na tyle, że musieli mnie siłą niemalże odciągać od maszyny.

Była już noc. Musieliśmy znaleźć nocleg, przed nami dluga droga do LA.
Po drodze jeszcze zatrzymywaliśmy się w paru miejscach i chłonęliśmy miasto, które pierwotnie miało być celem naszej podróży. Miasto na środku pustyni, gdzie jeszcze parędziesiąt lat temu nie było nic. A teraz ? Hazard, kluby, hotele, luksusowe restauracje, występy największych gwiazd. Coś z niczego.

środa, 7 listopada 2007

Death Valley

Podobno z 50 wozów które w 1849 przejeżdżały przez dolinę, do końca dotarł tylko jeden. Właściciel odwrócił się w stronę Badwater i powiedział "Good-bye Death Valley".

Od San Francisco podkręciliśmy tempo. Trzeba było zmienić też rezerwację biletów lotniczych. Jedziemy teraz po 150 km dziennie. Częściej nocą, gdyż temperatury w dzień osiągają 35 st C.
Postanowiliśmy zamknąć naszą wyprawę granicą meksykańską, spinając klamrą całe Zachodnie Wybrzeże USA.

Najpierw kilka dni wspinaczki . Trzeba było wjechać z wysokości morza, przedrzeć się przez góry, pokonać pustynię i w końcu zjechać z wysokości 1000 metrów w Dolinę, która jest najniżej położonym miejscem w USA.

To był zjazd!!! Ciemno, z naprzeciwka samochody oślepiające światłami, a my pędzimy 60km/h.
Trochę się bałem. Tym bardziej że droga wcale nie była idealnie równa.

Jazda rowerem po pustyni wymaga posiadania dużej ilości wody. Dziennie schodzi nam 3-4 litry. Konieczny jest też krem przeciwsłoneczny, okulary i coś na głowę.

No i przecież nigdzie nie ma McDonalda, Burger Kinga, czy WallMart'a (sieć supermarketów). Poza naszym bagażem, w sakwy Crosso trzeba więc pakować mnóstwo jedzenia.

W Dolinie Śmierci jest gorąco. 40 stopni. Brakuje pitnej wody. Jedyny zbiornik na który natrafiliśmy był wypełniony wodą do chłodnic. Nieprzydatna do picia. Rozłożyliśmy obok niego namiot, chcąc wykorzystać poranny cień jaki stworzy.

Wieczór i poranek. A rano był 1 listopada. Grzegorz obchodził 25 urodziny, w prezencie dostał... trąbkę do poziomki. Potem Agata zatrzymała strażników i dostaliśmy parę litrów świeżej i zimnej wody.

Byliśmy gdzieś w środku Doliny. Trasę ustawiamy zawsze na GPS-ie, korzystając dodatkowo z map które nam wpadają od czasu do czasu w ręce.

W rzeczywistości - żeby przejechać Stany Zjednoczone rowerzysta nie potrzebuje kupować map. W większości sklepów rowerowych i biur informacji turystycznej dostaje się niesamowitą ilość w miarę aktualnych mapek konkretnych terenów.

Około 11 ruszyliśmy, jeszcze przez kilometr mieliśmy asfalt, potem zaczął się koszmar. Świeżo wyrównana droga żużlowa. Piasek, żużel, okropny skwar, dolina otoczona wielkimi na 2000 metrów górami. I praktycznie zero ludzi. Przez cały dzień zobaczyłem tylko 2 samochody.

Poziomki mają cienkie opony. Kopią się w grząskim żużlu. Grzesiek wpadł na pomysł spuszczenia powietrza z opon. Szybko złapał pierwszą z pięciu tego dnia gum. Przebyliśmy 32 km, późną nocą docierając do drogi głównej.

Odwróciłem się, spojrzałem w stronę niezdatnej do picia Badwater.

Wygraliśmy z Dolina.

radklif