poniedziałek, 19 listopada 2007

Call the sheriff



Zmiana planów.

Najpierw LA, potem na południe do San Diego.

Do LA jechaliśmy starymi drogami wzdłuż autostrady. Nic ciekawego się nie zdarzało. Pustynia, autostrada, stacje odpoczynku, restauracje.
W Jack in the box przed Barstow spotkała nas nieprzyjemna historia.
Byliśmy głodni, restauracja była już zamknięta. Jedyna opcja na kupienie czegoś do zjedzenia to drive-thru. Grzesiek podjechał pierwszy i udało mu się zamówić i dostać zestaw. Mnie już nie
obsłużono tłumacząc że na rowerze nie można. Więc trudno, usiadłem na chodniku koło Grześka i patrzyłem jak zjada swojego burgera. Próbowałem jeszcze zaczepić jakiegoś kierowcę, żeby zrobił mi zakupy, ale nie udało się.

Nasze zachowanie nie spodobało się obsłudze. Najpierw wyszło dwóch chłopaków i w niegrzeczny sposób poprosili nas o zniknięcie. Grozili, że w innym wypadku zadzwoniliby po szeryfa. Ja byłem skłonny ustąpić, ale Grzesiek powiedział " Call the sherrif".


No i przyjechał szeryf. Opowiedział historię o tym że każdy biznes w Kalifornii może odmówić każdemu obsługi jeśli chce i mimo że zostaliśmy źle potraktowani, nic nie może poradzić.
Mimo to wciaz bylem glodny.

niedziela, 18 listopada 2007

Las Vegas czyli fatamorgana na pustyni


Uff, trochę czasu upłynęło, dużo rzeczy się zdarzyło. Chyba warto spróbować usystematyzować wszystko w jedną spójną opowieść.

Las Vegas - Dużo światła, szumu, ludzi. Najpierw postanowiliśmy pożywić się w McDonaldzie. Posileni tym jakże wartościowym jedzeniem puściliśmy się w szał hazardu.
Najpierw skromnie, wyskubaliśmy ćwierćdolarówki z portfeli.
Magia kasyn jednak działa.
W pewnym momencie Grzesiek wrzucił do maszyny banknot 20-dolarowy i wysypał się
cały kubek pięciocentówek. Gra zaczęła się na całego, zmienialiśmy tylko od czasu do czasu maszyny, co skądinąd wcale dobrym pomysłem nie jest. Jeśli chce się coś wygrać, to trzeba siedzieć przez wiele godzin przy jednym automacie.
Wciągnąłem sie (Radek) na tyle, że musieli mnie siłą niemalże odciągać od maszyny.

Była już noc. Musieliśmy znaleźć nocleg, przed nami dluga droga do LA.
Po drodze jeszcze zatrzymywaliśmy się w paru miejscach i chłonęliśmy miasto, które pierwotnie miało być celem naszej podróży. Miasto na środku pustyni, gdzie jeszcze parędziesiąt lat temu nie było nic. A teraz ? Hazard, kluby, hotele, luksusowe restauracje, występy największych gwiazd. Coś z niczego.

środa, 7 listopada 2007

Dolina Śmierci

Death Valley

Podobno z 50 wozów które w 1849 przejeżdżały przez dolinę, do końca dotarł tylko jeden. Właściciel odwrócił się w stronę Badwater i powiedział "Good-bye Death Valley".

Od San Francisco podkręciliśmy tempo. Trzeba było zmienić też rezerwację biletów lotniczych. Jedziemy teraz po 150 km dziennie. Częściej nocą, gdyż temperatury w dzień osiągają 35 st C.
Postanowiliśmy zamknąć naszą wyprawę granicą meksykańską, spinając klamrą całe Zachodnie Wybrzeże USA.

Najpierw kilka dni wspinaczki . Trzeba było wjechać z wysokości morza, przedrzeć się przez góry, pokonać pustynię i w końcu zjechać z wysokości 1000 metrów w Dolinę, która jest najniżej położonym miejscem w USA.

To był zjazd!!! Ciemno, z naprzeciwka samochody oślepiające światłami, a my pędzimy 60km/h.
Trochę się bałem. Tym bardziej że droga wcale nie była idealnie równa.

Jazda rowerem po pustyni wymaga posiadania dużej ilości wody. Dziennie schodzi nam 3-4 litry. Konieczny jest też krem przeciwsłoneczny, okulary i coś na głowę.

No i przecież nigdzie nie ma McDonalda, Burger Kinga, czy WallMart'a (sieć supermarketów). Poza naszym bagażem, w sakwy Crosso trzeba więc pakować mnóstwo jedzenia.

W Dolinie Śmierci jest gorąco. 40 stopni. Brakuje pitnej wody. Jedyny zbiornik na który natrafiliśmy był wypełniony wodą do chłodnic. Nieprzydatna do picia. Rozłożyliśmy obok niego namiot, chcąc wykorzystać poranny cień jaki stworzy.

Wieczór i poranek. A rano był 1 listopada. Grzegorz obchodził 25 urodziny, w prezencie dostał... trąbkę do poziomki. Potem Agata zatrzymała strażników i dostaliśmy parę litrów świeżej i zimnej wody.

Byliśmy gdzieś w środku Doliny. Trasę ustawiamy zawsze na GPS-ie, korzystając dodatkowo z map które nam wpadają od czasu do czasu w ręce.

W rzeczywistości - żeby przejechać Stany Zjednoczone rowerzysta nie potrzebuje kupować map. W większości sklepów rowerowych i biur informacji turystycznej dostaje się niesamowitą ilość w miarę aktualnych mapek konkretnych terenów.

Około 11 ruszyliśmy, jeszcze przez kilometr mieliśmy asfalt, potem zaczął się koszmar. Świeżo wyrównana droga żużlowa. Piasek, żużel, okropny skwar, dolina otoczona wielkimi na 2000 metrów górami. I praktycznie zero ludzi. Przez cały dzień zobaczyłem tylko 2 samochody.

Poziomki mają cienkie opony. Kopią się w grząskim żużlu. Grzesiek wpadł na pomysł spuszczenia powietrza z opon. Szybko złapał pierwszą z pięciu tego dnia gum. Przebyliśmy 32 km, późną nocą docierając do drogi głównej.

Odwróciłem się, spojrzałem w stronę niezdatnej do picia Badwater.

Wygraliśmy z Dolina.

radklif

niedziela, 4 listopada 2007

Materiału z Masy nie będzie (2)

Mieliśmy szczęście. Był ostatni piątek miesiąca. A my byliśmy w mieście gdzie narodziła się Masa Krytyczna. W bibliotece sprawdziliśmy jeszcze dokładnie miejsce.

Biblioteka w San Francisco to nie za fajne miejsce. Strasznie dużo bezdomnych i odrzuconych. Do tego jeszcze 15-minutowy, nie całkiem dla nas zrozumiały system rezerwacji komputerów. Zwróciliśmy uwagę jednej afroamerykance, że za długo siedzi na necie. Wszystko skończyło się wizytą pani ochroniarz (rowniez murzynki)...

Droga na masę nie była trudna. Ledwo wyszliśmy z Public Library, natknęliśmy się na jadący ulicą strumień rowerzystów. Raczej nie było wątpliwości gdzie i po co zmierzają. Po drodze jeszcze wpadłem kołem w kratkę studzienki (trochę niebezpiecznie, bo tuż przed trolejbusem).

Masa w San Francisco jest inna niż w Warszawie. Ludzie się przebierają, przypinają sobie różne dziwne rzeczy do swoich rowerów, duzo krzyku, tumult i muzyka. A w powietrzu unosi się kojący zapach marihuany. Karnawał i dekadencja. Bardzo punkowy charakter.

Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z jednym z masowiczów, zainteresowanych naszą obecnością. Okazało się że także był podróznikiem, jeździł rowerem po Europie, nawet po Polsce.

Ruszyliśmy parę minut po 18.30. Najpierw wspinanie się po ulicach SF, potem zajebiście długi tunel, w którym można było sobie pokrzyczeć do woli.
W końcu dojechaliśmy do słynnej krętej ulicy z kwietnikami. Parę setek rowerzystów, noc, księżyc nad miastem i zjazd.

Niestety nagrania z masy brak ! Następnego dnia podczas porannego śniadania w McDonaldzie, postanowiłem naładować swoją kamerę. Na tyle nieostrożnie tę czynność wykonałem, że została ukradziona. Prawdopodobnie stało się to, gdy wcinałem moje lody waniliowe, albo apple-pie. Nie potrafię dokładnie oszacować kiedy. Straciłem całe nagranie z Masy. Sam początek imprezy mam na kasecie, którą tuż przed startem schowałem do sakwy.

Jakby to powiedział Forrest Gump. "I to jest wszystko co mam do powiedzenia na ten temat".


Radklif

sobota, 3 listopada 2007

Portland - film

wrzucamy dopiero teraz ale warto obejrzeć


Materiału z Masy nie będzie






Do San Francisco dotarliśmy w nocy. Jeszcze przed miastem zahaczyliśmy o pralnię. Szybkie pranie koszulek sponsorskich, suszenie. Pół godziny po planowanym zamknięciu pralni, przepędził nas w końcu ochroniarz.

Nad Zatokę San Francisco dojechaliśmy ścieżką rowerową prowadzącą wzdłuż Highway 101. Mnie zafascynowaly osiedla budynkow na palach, wybudowane nad kanalami.

To musi być fajne mieszkać tak sobie parę metrów nad wodą.

Najpierw zobaczyliśmy Alcatraz. Latarnia rzucała co parenaście sekund ostry snop światła, zupełnie jak w logo jednej ze znanych wytwórni filmowych. Dla mnie ten widok był niesamowity. Coś co znałem z filmów nagle stoi tak realnie przede mną. Agata trochę mniej entuzjastycznie przyjęła ten widok :

- Niedaleko. Mogłabym przepłynąć bez problemu.



Golden Gate jest monumentalny. I jaki czerwony!! W nocy gdy unosi się mgła znad Pacyfiku, cienie filarów odbijają się w niej. Żeby wjechać na most rowerem nocą, trzeba wcisnąć specjalny przycisk otwierający bramę. Namiot rozłożyliśmy tuż po drugiej stronie mostu.Następnego dnia rano rozpoczęliśmy sesję zdjęciową dla naszych sponsorów i ruszyliśmy "w miasto". Najpierw bulwarem, potem wjazd na pionowe ulice miasta. Godna podziwu jest skrupulatność przy budowie tych ulic. Nieważne jakie jest nachylenie - ulice muszą tworzyć siatkę...



cdn...